sobota, 15 grudnia 2018

Wspomnienia powstańca wielkopolskiego kapitana Jana Głowackiego


Jan Głowacki (ur. 1889.08.31) był powstańcem wielkopolskim z Pieck, pod Inowrocławiem. Syn Jana i Józefy z domu Brózdy, wraz z braćmi Leonem i Marcinem pomagali w wyzwoleniu Kujaw w czasie zaborów. Jan był twórcą oddziału powstańczego w naszych okolicach w grudniu 1918 r. Brał udział w zdobyciu Strzelna w dniu 2.01.1919 r; oswobodzeniu Kruszwicy i w walkach o Inowrocław.; podjazdy z patrolami niemieckimi pod Gniewkowem, Tarkowem, Płonkowem i Brzozą pod Bydgoszczą. Był w składzie dowództwa Pawła Cymsa w czasie akcji zbrojnych w Bydgoszczy, Gniewkowie i Toruniu, a także w marszu do Złotnik Kujawskich. W Wojsku Polskim awansowany do stopnia kapitana i dowódcy batalionu baterii zap. 15 P.A.C. Zwolniony do służby cywilnej w 1923 r. pracował w sądzie. W czasie drugiej wojny światowej wywieziony i przetrzymywany w Poznaniu, a później również w Krakowie, gdzie pracował jako księgowy. Po wojnie pracował jako radca prawny.1 Jan Głowacki został odznaczony Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym.

Zapiski Jana Głowackiego opisują walki na terenie Kujaw, wejście oddziałów do Strzelna, a także do Kruszwicy i późniejsze walki o Inowrocław. Publikacja ukazała się w 1978 r. nakładem Wydawnictwa Poznańskiego, materiały zebrali panowie Lesław Tokarski i Jerzy Ziołek.2

Program wojsk niemieckich w latach 1914-1918 spowodował ogólny zamęt w Niemczech, ucieczkę cesarza Wilhelma II z kraju i utworzenie rad robotniczych i żołnierskich. Wszystkie te trzy trzy okoliczności osłabiły siłę władzy państwowej w sposób wprost niebywały, co odbiło się na sprężystości jej wykonywania.

Gdy doszły do nas ponadto wiadomości o zniknięciu wojsk niemieckich z ulic Poznania do koszar i otoczeniu tychże przez polskie oddziały powstańcze, dalej – o oswobodzeniu Gniezna, oraz luźne wieści o zbliżających się w nasze strony polskich wojskach ochotniczych, wówczas wprost samorzutnie zrodziła się w nas wszystkich myśl, żeby stworzyć własny oddział powstańczy i współdziałać z nadciągającymi ochotnikami w zdobyciu władzy i wypędzeniu pruskiego zaborcy.

Ta świadomość pchnęła nas wszystkich do działania, mnie, oficera wyszkolonego w wojsku niemieckim, do dania inicjatywy ruchowi powstańczemu. Rzuciłem więc w dniu 2 stycznia 1919 r. hasło: „Do broni za wolność Polski” wśród następujących okoliczności: W tym dniu usłyszeliśmy około godziny piętnastej dość silną strzelaninę z karabinów, a później doszły do nas ze Strzelna, oddalonego o 7 km, wieści, że Polacy ochotnicy z Gniezna, Wrześni i Trzemeszna zbliżający się tam od strony pogranicza (Grenzschutz) przeciwstawili się tej akcji, jednak już po krótkiej, bezkrwawej walce uciekli, rozpraszając się częściowo w mieście, częściowo zaś po zabudowaniach podmiejskich rolników niemieckich. Tak zaczęła się pod moją komendą pierwsza spontaniczna, patriotyczna akcja.

Na dwie godziny przed tą chwilą zwołałem z mojej wioski wszystkich chętnych do walki. Zgłosiło się około 25 młodych, w tym dwóch moich młodszych braci, Leon i Marian, którzy rozdzielili z mego skromnego magazynu wszelką broń i amunicję – było coś około 10 karabinów różnego kalibru – zdobycz z frontu. Reszta zabrała czy to własną broń, czy przedmioty, które mogły zastąpić broń. W pospiesznym marszu przez wioski Kijewica i Młyny podążaliśmy od strony południowej do Strzelna. Po drodze przyłączyło się do nas jeszcze około 60 powstańców. Mijane domostwa Niemców przeszukiwaliśmy za bronią, a około godziny siedemnastej podchodziliśmy pod Strzelno. W mieście strzelanina tymczasem ustała. Miejscowi Polacy donieśli mi, że większa część żołnierzy niemieckich błąka się po drogach, częściowo kwaterując u Niemców tuż pod Strzelnem. Natychmiast obstawiłem podmiejskie osiedla i przeszukiwałem wszelkie niemieckie domostwa. W ten sposób wpadło nam w ręce około 30-40 żołnierzy niemieckich, którzy oddali broń i amunicję, w tym dwa ciężkie karabiny maszynowe, co stanowiło dla nas ogromną zdobytych, i od tej chwili wiedzieliśmy, że mamy pewną przewagę nad Niemcami.

Dalszego oporu już nie napotkałem, a jeńców odstawiłem do miasta i oddałem ich do dyspozycji Pawła Cymsa, który już przed jakąś godziną wszedł tam i wraz z wojskiem odpoczywał. Od niego dowiedziałem się, że Gniezno, Trzemeszno i Mogilno są już obsadzone przez Polaków, że zamyśla w dalszym ciągu uwalniać od Niemców Kujawy – i prosił mnie o dalszą współpracę i pomoc, powierzając mi zastępstwo nad wszystkimi ochotnikami. Z pełną gotowością i chętnie przyjąłem powyższą propozycję Cymsa, gdyż odpowiadała ona moim zamiarom.

Od chwili uwolnienia Strzelna rozpoczęliśmy wspólny marsz do okolic Inowrocławia, drogą przez Kruszwicę i Mątwy. W późniejszych godzinach wieczornych zabrałem swoje oddziały ze Strzelna do Młynów, gdzie rozkwaterowałem się w gospodzie Rogodzińskiego, rozstawiając silne posterunki, żeby ewentualnie powstrzymać nieoczekiwany atak ze strony maruderów niemieckich lub drugiego oddziału Grenzschutzu, który ulokował się we Wronowach, oddalonych od Młynów o 2 km, a od Strzelna o 6 km. Nikt z ochotników nie porzucił swej formacji, a odwrotnie – do gospody przybyło mnóstwo innych ochotników, którzy chcieli z nami podjąć wspólny marsz.

Noc upłynęła spokojnie, a ja widząc, że napływ ochotników stale się zwiększa, oddałem dowództwo nad nowo tworzonym oddziałem piechoty Owczarskiemu, który też poprowadził ten oddział na Inowrocław i dzielnie się przyczynił do przegnania Niemców z inowrocławskiego dworca do koszar. Poza tym zatrzymałem wszystkich ochotników, którzy przybyli końmi, aby utworzyć oddział kawalerii, mający utrzymywać nadzór nad zapleczem. Szefem tego oddziału jazdy został mój brat Leon. Jego też wysłałem nad ranem wraz z piećioma innymi kawalerzystami do Wronowów, gdzie miał właśnie tylko stwierdzić, ilu Niemców - żołnierzy – kwateruje we Wronowach i czy chcą ewentualnie dobrowolnie się poddać. Po dwóch godzinach patrol wrócił do Młynów, prowadząc cały oddział Grenzschutzu, a było a było ich około 60- 80 chłopa, którzy oddali swe uzbrojenie.

To poddanie się połowy kompanii bez strzałów było zdumiewające – myśmy byli przygotowani do ostrego natarcia, a tu przyprowadza się nam jeńców! Z tych dwóch faktów poddania się bez wystrzału, tj. pod Strzelnem i obecnie pod Wronowami, wypłynęło przekonanie, że byli to chłopcy bez przygotowania żołnierskiego, aczkolwiek dobrze uzbrojeni i wyekwipowani. Natomiast wojsko pozostałe w koszarach było zdyscyplinowane i posiadało praktykę, i ducha bojowego, co okazało się przy natarciu na Inowrocław. Nie mogę na tym miejscu pominąć nadzwyczajnej gościnności, jakiej doznaliśmy od restauratora Rogozińskigo, który prócz noclegu dla około 100 ochotników dał nam do dyspozycji wszystko, co posiadał. Skutek zresztą był taki, że gdy rano zapytałem czy wszyscy chcą pozostać jako ochotnicy w mojej formacji. Nikt z moich „druhów” (jak się nazywaliśmy) nie zgłosił swego odejścia. Ten drugi oddział jeńców odesłałem komendantowi Strzelna, który przeprawił ich wszystkich przez Poznań do Berlina.

Po tej likwidacji niemieckich wojsk pogranicza odczekaliśmy przybycia Cymsa wraz z jego oddziałem do młynów i stąd około godziny dwunastej 3 stycznia wyruszyliśmy wspólnie, częściowo konno, częściowo na wozach gospodarskich, w kierunku Gopła i do Kruszwicy.

Po drodze spotkaliśmy dużo zasiedziałych niemieckich rolników i właścicieli ziemskich. Moje patrole konne przeszukiwały ich domostwa za bronią wojskową i palną bronią myśliwską. Nie doszło nigdzie do strzelaniny lub jakiegokolwiek oporu. Po czterogodzinnej podróży dotarliśmy około godziny szesnastej w okolicę Kruszwicy i tu spotkało mnie może najbardziej wzruszające przeżycie, bo fakt wywieszenia narodowych flag na Mysiej Wieży. Cały oddział przystanął i podumał nad doczekaniem do tej chwili, o której latami marzyliśmy. W oczach licznych powstańców widziałem łzy.

Kruszwica rozbrzmiewała gwarem mieszkańców miasta i okolicznych wsi. Wszyscy ustawili się na rynku, który wypełnił się całkowicie. Przywitał nas ziemianin Trzciński, na które to powitanie odpowiedziałem, siedząc na koniu. Radości nie było końca, gdy zapewniłem słuchaczy, że wyruszymy bez dalszej zwłoki na Inowrocław, aby dokończyć rozpoczęte dzieło oczyszczania Kujaw. Dopiero potem postanowiliśmy pomyśleć o odpoczynku. Wszystkie oddziały – a było ich osiem – rozlokowaliśmy po mieście, a dowódców zabrał do siebie na kwaterę dzierżawca Gopła, Ryczek, który nas gościł przez całe 30 godzin pobytu w Kruszwicy.

Atak ze strony Niemców nam nie groził, bo garnizon niemiecki z Inowrocławia nie był przygotowany do wszczęcia natarcia, o czym wiedzieliśmy. Tak więc odpoczęliśmy w spokoju, ale i też w intensywnej pracy wewnętrznej nad formowaniem oddziałów, punktu sanitarnego, który przejął z Kruszwicy-Wsi r Sylwester Szwarc, oraz sporządzeniem imiennych spisów wszystkich ochotników w poszczególnych oddziałach. Poza tym trzeba było te oddziały należycie uzbroić i wyekwipować oraz podzielić. Odmarsz na Inowrocław został wyznaczony na następny dzień na godzinę dwudziestą i to możliwie kolejką cukrowni kruszwickiej, gdyż kolej państwowa nie funkcjonowała, częściowo na wozach i konno.

Mój oddział konny, liczący około 30 jeźdźców, został z okazji pobytu w Kruszwicy nad Gopłem nazwany „Szwadronem Nadgoplańskim”.Przy wkroczeniu do Inowrocławia liczył on już około 60 jeźdźców, a potem w koszarach artylerii około 125 konnych (szabel), ogółem zaś około 200 chłopa. Na czas ataku konie pozostawały u gospodarzy, a po ukończeniu potyczki jeźdźcy wracali po nie.

Tu też omówiliśmy atak na Inowrocław, który miał odbyć się w ten sposób, że poszczególne odziały miały zasadniczo atakować grupami, a w linii tylko tam, gdzie Niemcy utworzyli zorganizowaną obronę. Ustaliliśmy sposób ustawienia oddziałów naokoło miasta, co miało się rozpocząć o godzinie piątej rano, a zakończyć około godziny szóstej. Do Mątew przybyliśmy około godziny dwudziestej trzeciej.” 

Oprac. B. Grabowski, fot. M. Mocek, http://mm-foto.eu/szwadron nadgoplański 1920 r. Fot. 2. Jan Głowacki.
1Uchwała Rady Państwa nr: 04.04-0.118 z dnia 1958-04-04. http://powstancy-wielkopolscy.pl/
2L. Tokarski, J. Ziołek, Wspomnienia Powstańców Wielkopolskich, Szwadron Nadgoplański w walkach o oswobodzenie Kujaw, opowiada J. Głowacki, Poznań 1978, s. 57-66.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz