piątek, 21 grudnia 2018

Pałac w Kobylnikach i ród Wilamowitz-Moellendorff


Kobylniki – wieś w Polsce położona w woj. kujawsko-pomorskim nad jeziorem Gopło, w powiecie inowrocławskim, w gminie Kruszwica. W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa bydgoskiego. W Kobylnikach znajduje się zabytkowy pałac, pełniący funkcję hotelu, oraz stadnina koni.1

Pałac położony jest we wsi Kobylniki, przy drodze krajowej nr 62, z Włocławka do Strzelna, 1 km od Kruszwicy. Usytuowany jest w przepięknym, malowniczym parku, nieopodal jeziora Gopło. Jest gościnną przystanią dla szukających odpoczynku i oderwania od codzienności.

Pałac stanowi doskonałe miejsce wypadowe do zwiedzania Szlaku Piastowskiego i osobliwości Nadgoplańskiego Parku Tysiąclecia. Obecnie Pałac w Kobylnikach zarządzany jest przez KOM-ROL Kobylniki sp. z o. o.2

Kiedy w roku 1900 landrat (starosta) inowrocławski Hugo Fryderyk Wilhelm von Moellendorf kazał pobudować kobylnicki pałac, to jednocześnie otoczył go rozległym parkiem z przyległymi, malowniczo zakomponowanymi gajami, łąkami, stawami. Do dziś pozostał jedynie spory kawał owego parku, pieczołowicie pielęgnowany przez pracowników KOM-ROLU, jednak gdy ktoś uważny, wyposażony w zmysł wrażliwej obserwacji przejdzie się wokoło, to z całą pewnością odkryje relikty dawnej kompozycji, nawet w dość dużej odległości od samej budowli. Tu i ówdzie zdobiące krajobraz potężne drzewa, ewidentnie posadzone z woli człowieka, nie zaś z przypadku czy radosnego, witalnego chaosu przyrody dają wyobrażenie o skali dawnego przedsięwzięcia, szacowanego na kilkanaście hektarów. Do dziś tu spotkać można stare dęby, buku, lipy, a nawet pojedyncze okazy egzotycznych krzewów. Możliwe, że to wszystko powstało jeszcze z inspiracji żony Arnolda von Wilamowitza- Moellendorfa - Ulryki von Calbo (1820- 1874) słynnej z nieprawdopodobnej wrażliwości na piękno i proporcje, założycielki prywatnego, protestanckiego cmentarza rodziny w niedalekim Gaju Wymysłowickim (szczątkowo przetrwał do dziś, lecz nawet z resztek można odczytać nieprzeciętną myśl kompozycji) Pałac był rodzynkiem w tym cieście estetyki. Choć zbudowany bez klasycznie wyraźnych cech stylowych, w manierze neorenesansu, to łatwo dostrzec w nim konsekwencję i zdecydowanie architektoniczne. Duża zasługa w tym licowej cegły, z której wykonana jest całość, oraz przepięknych, nieraz wręcz misternych detali z kutego żelaza, zdradzających zarówno indywidualizm zamawiającego (Moellendorfa), jak i mistrzostwo nieustalonego mistrza kowalskiego. Za każdym razem, gdy tam jestem owe detale balustrad, krat, okuć wprawiają mnie w podziw, tym bardziej, że zawsze odkrywam coś nowego. Podobnie zresztą jest w środku. Wnętrza pałacu są przebudowane tylko w niewielkim stopniu. Rzecz jasna burzliwe dzieje spowodowały, iż nie zachował się oryginalny ich wystrój, wyposażenie, jednak i tu widać troskę pracowników Spółki KOM-ROL o utrzymanie klimatu rezydencjonalnego, połączenie coraz bardziej uporządkowanej elegancji z funkcjonalnością (hotel).

Wielki holl, którego atmosferę buduje panujący niemal półmrok i spory oryginalny obraz z epoki wygodnie rozprowadza do przestronnych sal. Wrażenie robi zwłaszcza jadalnia, do której drzwi można rozsunąć niemal na całą jej szerokość. Światło wielkiego okna zamykającego wydłużony prostokąt pomieszczenia podkreśla fakturę drewnianych kasetonów sufitu i ścian ozdobionych olbrzymimi współczesnymi obrazami zastygłymi we wspólnych ramach, tworzącymi de facto art.-boazerię... Lecz wtajemniczeni wiedzą, że nie tu jest skarbiec pałacu, a za niepozornymi drzwiami odgradzającymi wejście do stosunkowo niewielkiego pokoju. Wszystko, co do tej pory słyszeliście, czytaliście, czy oglądaliście na ilustracjach o oryginalnych gdańskich meblach znajduje się tym pomieszczeniu. Gdybym tylko pokusił się o szczegółowe opisanie wielkiego kredensu, mogłoby to zająć wiele stron.... Jest niepowtarzalny. Na każdym jego detalu – podobnie jak na krzesłach, stole, ławie, komodzie – znać delikatne muśnięcia dłuta rzeźbiarza- mistrza artysty, kompozytora reliefów, który z każdego szczegółu, niczym z nut ułożył dzieło przywodzące na myśl muzyczne koncepcje samego Wagnera gdzie siatka motywów przewodnich, symbolizuje postaci utworu, idee, uczucia.

Zresztą nie przypadkiem przywołuję tu samego wielkiego Wagnera – neoromantyka, wskrzesiciela mitów germańskich, bo gotów jestem się założyć, iż dynamiczna rzeźba centralnej, płaskiej nadstawy mebla jest ilustracją jednego z mitów spopularyzowanych w jego operach... Każde krzesło w tym pokoju, choć na pierwszy rzut oka podobne, jest osobnym dziełem sztuki. Masywne podłokietniki ławy wieńczą realistyczne lwie głowy. Takie same, lecz różne w skali wystają z gzymsów kredensu, komody... i wtedy przypominasz sobie o tych dwóch wspaniałych lwich posągach strzegących wejścia przy frontowym ryzalicie. Niemal naturalnej wielkości bestie leżą leniwie rozparte na swych cokołach, w beznamiętnym geście unosząc łby. Mamy zatem do czynienia z pewną konsekwencją, bo według zapewnień meble z tego pokoju są reliktem dawnego wyposażenia pałacu. Wygląda więc na to, że lwia menażeria kobylnickiego pałacu nie jest dziełem przypadku, czczą ozdobą, czy efektem bezideowego gustu, zwłaszcza w zestawieniu z tym, co wiemy o Moellendorfach. To świadome wykorzystanie symboliki lwa... Aż ręka swędzi, żeby w tym miejscu wejść głębiej w temat, lecz aby nie gmatwać głównego wątku, musi nam wystarczyć przypomnienie, iż lew jest symbolem o wyjątkowym statusie. Postaciom i miejscom dodaje splendoru, prezentuje ich siłę i męstwo (spotykany w herbach, pieczęciach kujawskich książąt) , podkreśla wyjątkowe dokonania, jest strażnikiem miru, zaś jako godło heraldyczne wyrażał podmiotowość prawną w feudalnym społeczeństwie. Pełno go w Ewangelii. Mój ulubiony św. Jan w Apokalipsie pisze tak (5,5) ...”I mówi do mnie jeden ze Starców: Przestań płakać: Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy, Odrośl Dawida, tak, że otworzy księgę i siedem jej pieczęci”. Czyż można się dziwić, że wszedł także do symboliki masońskiej i to nie tej prostej (kielnia, węgielnica itp.), a zawoalowanej? Lecz wrażliwy obserwator siedzący w owym kobylnickim gabinecie, podziwiający zgrabne snycerskie cuda lwich łbów musi w pewnym momencie poczuć na sobie coś jeszcze – wpatrujące się w niego kilka par oczu postaci przybyłej tu z mroków historii, pogańskich mitów, kaplic templariuszy, gotyckiej symboliki...

Jej zastygłe oblicze, na pierwszy rzut oka niewidoczne spośród fantazyjnych roślinnych splotów spogląda z rzeźbionych oparć krzeseł, swą florystyczną czupryną niejako podtrzymuje i prezentuje herb miejski (na każdym inny), a w zwieńczeniu dając podstawę dwóm lwom wspartym o tarcze herbowe z wyrytą literą (na każdym inną).

Owa postać to nie wymysł fantazji rzeźbiarza, to najczystsze przedstawienie jednego z najstarszych, najbardziej tajemniczych symboli, wobec którego nie ma pewności, czy jego znaczenie do końca dziś prawidłowo odczytujemy. Jest to tak zwany „Zielony Człowiek”!

Ponieważ nie miejsce tu na rozwijanie tego fascynującego tematu, więc póki co musimy poprzestać na ogólnych stwierdzeniach. Otóż Zielony Człowiek to wizualna personifikacja sił witalnych przyrody, czczonych przez człowieka jeszcze w mrokach dziejów, a przejęta z owej mitologii pogańskiej przez gotyckich mistrzów, w kontekście po dziś dzień nie do końca jasnym. Najbardziej znane jego przedstawienia spotkać możemy w dawnych świątyniach wzniesionych przez Templariuszy. Najsłynniejsze pochodzą ze szkockiego kościoła Templariuszy w Rosslyn (rozsławionego dzięki książce „Kod Leonarda da Vinci” D. Browna). Jest ich tam ponad 200! Jednak i w Polsce możemy je spotkać. Idąc do malborskiej zamkowej kaplicy św. Anny (tam gdzie spoczywa m.in.  komtur Brodnicy, a potem wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego Henryk Dusemer von Affberg), możemy dostrzec przed wejściem od strony fosy, tuż nad portalem, u zwieńczenia łuków twarz otoczoną liśćmi dębu! Nad wejściem od strony cmentarza ujrzycie podobny wizerunek, tyle, że dębowy wieniec obrodził już owocami. Z własnych obserwacji wiem o co najmniej kilku pomorskich gotyckich świątyniach mających na zwornikach wyobrażenie Zielonego Człowieka.

Zatem owo tajemnicze oblicze ma swoją ponadnarodową tradycję, przenoszoną też dzięki gildiom (zrzeszeniom zawodowym) wolnych mularzy, czyli wysoko specjalizowanych budowniczych przekazujących swoje tajemnice zawodowe tylko odpowiednio przygotowanym, wybranym uczniom (jedna z nich – Companions istnieje do dziś w niemal nie zmienionej od średniowiecza formule i jej ludzie wznoszą obiekty według starych wzorów, zasad, a często i technologii; uczestniczyli w odbudowie gniewskiego zamku).

Organizacje masońskie uważające się przecież za spadkobierców samego Hirama (budowniczego pierwszej Świątyni Jerozolimskiej), gildii wolnych mularzy i dziedziców wszystkich tajemnic świata oczywiście zaadoptowały dla siebie legendę Zielonego Człowieka. Lecz skąd w kobylnickim pałacu znalazł się jego wizerunek?

Odpowiedź jest dość prosta – pałac w Kobylnikach był jedną z siedzib loży masońskiej Frimaeurloge zum Licht im Osten do której na przełomnie wieków XIX i XX należeli najbogatsi właściciele ziemscy okolic Inowrocławia, zaś Hugo Wilamowitz-Moellendorff (1840-1905), landrat inowrocławski, naczelny prezes prowincji poznańskiej, właściciel klucza dóbr Kobylniki, wystawca pałacu z całą pewnością do nich się zaliczał.

Jeden ze starszych pracowników spółki Kom-Rol opowiadał mi, iż z kolei jemu opowiadano, że kiedy po wojnie przejmowano pałac, chcąc go zaadoptować na potrzeby PGR-u, to część ludzi z pewnym przestrachem wchodziła do sporej sali na piętrze, ponieważ ta miała ściany obite jakimś ciemnym materiałem, zaś na tle niemal czarnego sufitu widniały wymalowane konstelacje gwiezdne...

Na przełomie wieków XIX i XX Inowrocław był silnym ośrodkiem masońskim. Aby nie przeciągać tego tematu, dość powiedzieć, że np. 6 marca 1921 roku w gmachu loży masońskiej przy ul. Solankowej odbyło się nadzwyczajne zebranie polskich wolnomularzy, na którym dr Wilhelm Warschauer z Inowrocławia wybrany został zastępcą Wielkiego Mistrza...

Wróćmy jednak do Zielonego Człowieka. Obchodząc pałac wokół nie sposób nie zwrócić uwagi na niezwykłej urody kute w żelazie balustrady, kraty, detale. Przy uważniejszym spojrzeniu, dostrzeżemy, że centralny ośrodek, z którego niemal na każdym przęśle wychodzą wszystkie arabeskowe sploty stanowi wyobrażenie ludzkiej twarzy, takiej jak ta na oparciach. Tak więc – jak widać – tajemnicza, przedwieczna personifikacja witalnych sił przyrody strzeże do dziś kobylnickiego pałacu.

Jest w tym obiekcie jeszcze co najmniej kilka swoistych rebusów: architektonicznych i symbolicznych, lecz nade wszystko szacunek oraz podziw należy się obecnym właścicielom za troskę o pałac, za to, że nie podzielił losu setek podobnych budowli, które przejęte po wojnie przez PGRy poszły w ruinę lub zostały rozkradzione.

Niemiecka przeszłość nie ma tu nic do rzeczy, a zresztą trzeba wiedzieć, iż bodaj najsłynniejszy z Wilamowitz-Moellendorfów – Ulryk (światowej sławy filolog klasyczny, ur. 22 grudnia 1848 r., zm. 25 września 1931 r) sam siebie nazywał Origine Cujavus! Od 1910 roku był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. Jego prochy spoczywają na pobliskim cmentarzu w Markowicach, gdzie świadomie chciał być pochowany, mimo, że od 1919 roku te ziemie należały już do Polski!3

Klan Wilamowitz

Po wdrożeniu reformy uwłaszczeniowej Offiziers-Witwenkasse, w imieniu której gospodarzył na majątku markowickim dzierżawca, niezbyt radziła sobie z opłacalnością w swoich kujawskich dobrach i już w 1836 r. odsprzedała je za 47000 talarów młodemu, dwudziestotrzyletniemu szlachcicowi z okolic Wittenberga, Arnoldowi Wilamowitz-Moellendorffowi (1813-1888). Arnold nosił również imiona Eugen Tello Heinrich i urodził się 28 czerwca 1813 r. O możliwości kupna majątku młody szlachcic pruski dowiedział się od swojej starszej siostry Emmy, która wraz ze swoim małżonkiem Fritzem von Schwanenfeld już wcześniej gospodarzyła w nabytych niedalekich dobrach Kobylniki. To po niej, Emmie von Schwanenfeld, najstarszy syn Arnolda, Hugon, późniejszy naczelny prezes prowincji poznańskiej, odziedziczył dobra kobylnickie. Arnold był synem Teodora Wilamowitza dziedzica dóbr rycerskich Strigleben koło Perlebergu i Ernestyny z domu von Bonin.

Wilamowitz-Moellendorff nabył 3769 mórg ziemi uprawnej wraz z lasem (670 mórg). Nadto zabudowania majątkowe i folwarczne, stary drewniany dwór oraz: 20 koni, 54 woły, 6 krów i 42 świnie. W dniu nabycia dóbr w majątku markowickim znajdowało się: 30 koni, 60 wołów, 11 źrebaków, 10 krów, 20 jałówek i 42 świnie. U dzierżawcy owiec znajdowało się: 5 krów, 855 owiec i 145 owczych jagniąt. Także inwentarz deputatowy, z którego korzyści czerpali robotnicy folwarczni, a mianowicie: 46 krów, 8 jałówek i 50 świń. Różnica w inwentarzu nabytym przez Wilamowitza-Moellendorffa a ilościami wykazanymi w dniu zawarcia transakcji, stanowiła własność dzierżawcy majątku. Na przełomie lat 1835/36 r. dominium markowickie liczyło 2631 mórg i folwark Gaj 1370 mórg wraz z 677 morgami lasów. W Gaju na tzw. Nowinach znajdowały się na areale 205 mórg łąki i pastwiska założone po karczunku lasu. Wówczas też uprawiano na majątku: pszenicę, żyto, rzepak, owies, jęczmień, proso, wykę, groch, fasolę, ziemniaki i koniczynę czerwoną. Już pod koniec roku 10 grudnia 1836 r. majątek markowicki, za najwyższym rozkazem gabinetowym, uzyskał przywilej dóbr rycerskich - Rittergut.

Wilamowitze byli szlachcicami pochodzenia polskiego, na co wskazuje chociażby ich nazwisko z typowo polską końcówką -ic(z), tą samą - jak pisze Marian Plezia - co w wyrazach starośc-ic, wojewodz-ic, pan-icz. Przy pomocy takiej końcówki nazywano syna po ojcu. Tak samo jak Piotrowicz znaczyło kiedyś tyle, co syn Piotra a Klemensiewicz tyle, co syn Klemensa, imię Wilamowic oznaczało syna Wilama, czyli Wilhelma. Miejscowość o nazwie Wilamowice, czyli pochodzenia odimiennego od Wilama, spotyka się po kilkakroć na ziemiach polskich. Wilamowitze nosili też polski herb Ogończyk, który przed wojną widniał na frontonie nieistniejącego już dziś dworu markowickiego. Stanowili oni odgałęzienie rodu pochodzenia litewsko-polskiego, które w XVIII w. przez Śląsk przeniosło się do Prus i tam zniemczyło. Drugą część nazwiska Moellendorf, gałąź ta otrzymała dopiero w roku 1813 drogą adopcji przez starego fryderycjańskiego feldmarszałka Wicharda Joachima von Moellendorffa, który po drugim rozbiorze, a dokładniej po sejmie grodzieńskim, po 20 stycznia 1793 r., na czele 15-tysięcznego korpusu pruskiego został skierowany do zajęcia Gdańska i Torunia. Po utarczkach pod Sierakowem koło Rawicza i pod Kargową (27 stycznia 1793 r.), a następnie pod Gnieznem, ówczesny generał W. J. Moellendorff okupował Wielkopolskę. Moellendorff obok Massenbacha stanowili część kamerryli dworskiej króla Fryderyka Wilhelma II, potępiającej rozbiór Polski.

Wśród wielu informacji znajdujemy takie, iż dziadek nabywcy Markowic, Arnolda Wilamowitza-Moellendorffa, nie znał języka niemieckiego, ale już jego syn Teodor, ojciec Arnolda, odznaczył się w wojsku pruskim w bitwie z Napoleonem pod Pruską Iławą, w 1807 r. Sam Arnold, choć uważał się za Niemca i wiernopoddańczą czcią otaczał dynastię Hohenzollernów, panującą w Prusach do 1918 r. - pisał Marian Plezia - zachował zdaje się wiele cech polskiego szlachcica. Był ponoć dobrym koniarzem i hreczkosiejem, z polskimi sąsiadami (przynajmniej z niektórymi) całował się z dubeltówki, a swemu sławnemu synowi Ulrykowi do śmierci nie wybaczył, że wybrał karierę naukowca, a nie chciał zostać oficerem kawalerii jak jego starszy brat Tello. Jego dobre stosunki z polskim sąsiedztwem zaznaczyły się w roku 1848, kiedy to podczas Wiosny Ludów panowanie pruskie w Wielkopolsce uległo nagłemu zachwianiu i wielu niemieckich osadników w popłochu opuszczało kraj. Wilamowitzom wystawiono wprawdzie wtedy wartę polską pod drzwiami, ale raczej dla ochrony ich samych niż dla pilnowania ich. Kiedy z kolei sytuacja się zmieniła i zaczęły się prześladowania powstańców, żona Arnolda, Ulryka, dopomogła ściganemu przez wojsko pruskie znajomemu Polakowi w ucieczce do Królestwa poprzez pobliską granicę. Z tym wszystkim byli to już wtedy patrioci pruscy i takie uczucia przekazali swym dzieciom. Chociaż w jednym z fragmentów „Wspomnień”, Ulryk syn Arnolda, światowej sławy filolog, odnotował, iż: Nasz herb jest polski i wspólny całej grupie rodzin, to w innym znajdujemy stwierdzenie, iż u niego w domu nie panuje polnische Wirtschaft, tak jak on sam, nie jest Polakiem. Dom Wilamowitzów-Moellendorff był patriotycznie pruski - a jak odnotował cytowany już Marian Plezia - tym obcym nam już dzisiaj rodzajem patriotyzmu, który identyfikuje ojczyznę z dynastią panującą, w tym wypadku z Hohenzollernami. W salonie wisiały portrety pary królewskiej, a po 1871 r. pary cesarskiej.

Po nabyciu 4 czerwca 1836 r. dóbr markowickich Arnold Wilamowitz-Moellendorff przystąpił do przekształcania majątku zaprowadzając nowy ład gospodarczy. Zastał tutaj powszechnie stosowaną uprawę trójpolową, która nie dawała takich efektów ekonomicznych, co system płodozmianu. Gleba w tej części Kujaw była bardzo urodzajną, ale niezwykle trudną w uprawie. W latach suszy zamieniała się w skałę, niedającą się uprawić, natomiast w latach przekropnych w nieprzejezdną maź błotną. Przez trzy lata parał się z trudami podniesienia na wyższy poziom majątku, by ostatecznie w 1839 r. zadecydować o osiedleniu się na Kujawach. W tymże roku zamieszkał w Markowicach ze swoją młodą żoną Ulryką z von Calbo (1820-1874). W zapiskach rodzinnych odnoszących się do wspomnień z pierwszych lat bytności Wilamowitzów-Mollendorff na Kujawach, zachowała się informacja mówiąca o dniu przybycia nowożeńców do markowickiej majętności: Z Priegnitz, gdy już nieco odremontował upadły majątek, sprowadził swoją żonę w 1839 roku, którą był zmuszony zanieść na rękach do dworu, gdyż powóz wiozący młodą parę ugrzązł „w bezdennym błocie”. Słomiana strzecha w czasie deszczu przeciekała i pierwsze dziecko trzeba było ratować od szczurów. Opis ten, zapewne daje obraz obfitującego w opady roku 1839, które zmieniły kujawskie pola i drogi w „bezdenne błoto” oraz pokazuje, iż młody dziedzic w pierwszej kolejności skupił się nad podniesieniem na wyższy poziom gospodarstwa.

Ulryka najpewniej wniosła znaczący posag, którego część została przeznaczona na budowę nowego dworu. Wzniesiony on został już w 1841 r. w stylu neorenesansowego piętrowego pałacyku, którego otoczeniem zajęła się sama dziedziczka. Tak więc, urządziła wokół niego park krajobrazowy wysadzając w nim wiele, w tym dotychczas nieznanych na Kujawach, gatunków drzew i krzewów. Były w nim m.in.: platany klonolistne, dęby szypułkowe, wiązowce zachodnie, brekinie, lipy, wierzby, tuje amerykańskie, magnolie oraz liczne krzewy ozdobne. Przed pałacem znajdował się sztucznie wybudowany, spełniający funkcje melioracyjne, staw pełen łabędzi i ptactwa wodnego. Uzupełnieniem całości był szereg budowli małej architektury ogrodowej. Integracyjną częścią parku przydworskiego było znajdujące się o kilkadziesiąt metrów na północ, przy drodze do Inowrocławia, założenie parkowo-ogrodowe zwane Kampel, którego opis znajduje się we wstępie do niniejszego opracowania. Dziełem Ulryki był również założony w 1864 r. w Gaju Wymysłowickim, znajdującym się w obrębie folwarku Gaj - nazwanego przez właścicieli Moellendorff, prywatny cmentarz rodzinny, którego opis znajduje się w podrozdziale poświęconym Wymysłowicom.

Nowością w dotychczasowej uprawie było wprowadzenie w obrębie całej majętności płodozmianu, czyli optymalnego doboru następujących po sobie, z roku na rok, upraw poszczególnych roślin. Markowice podzielono na trzy obszary uprawowe: (I) czarnoziem okalający wieś Markowice z wydzielonymi 9 polami oraz łąkami zwanymi czarnym ugorem położonymi na granicy, z Żernikami i Kruszą Duchowną, (II) jasne gliny rozciągające się w zachodniej części majątku z 6 polami i (III) folwark Gaj, później nazwany Mollendorf, również z 6 polami. Na poszczególnych polach pierwszego obszaru uprwiano: 1 - rzepak na oborniku, 2 - pszenicę, 3 - ziemniaki na jesienią przyoranym oborniku, 4 - jęczmień z wsiewką koniczyny, 5 - koniczynę, 6 - koniczynę jako poplon, 7 - pszenicę, 8 - groch na jesienią przyoranym oborniku, 9 - pszenicę. Na drugim obszarze: 1 - pszenicę na oborniku, 2 - ziemniaki, 3 - groch na oborniku, 4 - pszenicę, 5 - owies z wsiewką koniczyny, 6 - koniczynę. Na gruntach folwarku Gaj uprawiano na polach: 1 - po przyoranym jesienią oborniku, groch, 2 - koniczynę, 3 - pole, na zimę obornikowane stanowiące uprawę deputatową pracowników folwarcznych, pod uprawę ziemniaków, 4 - Owies z wsiewką koniczyny, 5 - koniczyna, 6 - koniczyna, jako poplon.

Jak podają statystyki w 1860 r. w majątku znajdowało zatrudnienie 70 rodzin, co dawało łącznie 177 robotników, do tego w okresie letnim znajdowało tutaj zatrudnienie jeszcze 70 robotników sezonowych. Byli oni niezbędni do prac pielęgnacyjnych, przy ręcznej walce z chwastami w zbożach (gracowanie międzyrzędzi) i wszystkich innych uprawach, a w późniejszych latach przy pielęgnacji plantacji buraczanych.

Wydarzenia Wiosny Ludów 1848 r. nie ominęły Markowic. We wsi sformowany został oddział polskich kosynierów, który ćwiczył się do boju na pobliskich łąkach pod Żernikami. Kiedy ruchy powstańcze uległy spotęgowaniu, a w samym Strzelnie doszło do krwawych zajść, rodzina Wilamowitzów-Moellendorff na krótko schroniła się pod opiekuńcze skrzydła armii i władz pruskich, udając się do Bydgoszczy. Wówczas też Ulryka żona Arnolda znajdowała się w stanie błogosławionym i gdy przyszedł czas na rozwiązanie, powiła w markowickim dworze 22 grudnia 1848 r. syna, któremu nadano imiona Ulryk Emo Fryderyk Wichard. Był on z kolei trzecim dzieckiem, po braciach Hugonie (1840-1905) landracie inowrocławskim, naczelnym prezesie prowincji poznańskiej i Tello (1843-1903), późniejszym oficerze kawalerii i podpułkowniku pruskim. Wilamowitzowie-Moellendorff mieli jeszcze najmłodsze dziecko, czwartego syna, Georga Wicharda (1852-1910) majora armii pruskiej. Arnold stworzył podwaliny największej fortuny ziemiańskiej na Kujawach Zachodnich. Wraz z bratem Otokarem w 1864 r. otrzymał tytuł barona należny również jego następcom na dobrach rycerskich Markowice. 22 maja 1867 r. senior rodu Arnold przyjmował w Markowicach ks. arcybiskupa Halkę Ledóchowskiego. Pasterz archidiecezji wizytował Kościelec i Inowrocław, a udając się do Strzelna nawiedził również Markowicką Madonnę.

Najstarszy syn Arnolda Wilamowitza-Moellendorff, Hugon, który nosił również imiona Theodor Wichard Freiherr, został mężem stanu i politykiem pruskim. Został on również następcą Arnolda na kujawskich, rodzinnych dobrach rycerskich. Urodził się 18 czerwca 1840 r. w Markowicach. Był on absolwentem Akademii Rycerskiej w Brandenburgu, studiował również prawo i nauki o państwie na uniwersytetach w Heidelbergu i Berlinie. Był referendarzem oczekującym na zdanie egzaminu asesorskiego w 1866 r., kiedy jego kandydaturę na stanowisko landrata inowrocławskiego wysunął naczelny prezes prowincji poznańskiej Karl von Horn. Ostatecznie stanowisko landrata objął 24 kwietnia 1867 r. i już w październiku przyczynił się do utworzenia w swojej rodzinnej wsi, Markowicach, za zezwoleniem ministra spraw wewnętrznych, siedziby dystryktu policyjnego. W 1875 r. podjął próby utworzenia, z części powiatu inowrocławskiego, nowego powiatu strzeleńskiego. Swoje starania uzasadniał trudnościami administrowania, wynikającymi z dużego obszaru największego wówczas powiatu w Poznańskiem oraz ze skomplikowanej sytuacji narodowościowej. Gdy w Berlinie odrzucono jego propozycję, Wilamowitz-Moellendorff zrezygnował ze stanowiska landrata w 1875 r. i wycofał się na kilka lat z życia publicznego osiadając w dobrach rodzinnych w Markowicach. Jego plany ziściły się dopiero po dziesięciu latach. Zarządzeniem ministra spraw wewnętrznych Roberta von Puttkamera z 11 lutego 1886 r. utworzono m. in. powiat strzeleński, powstały z podziału powiatu inowrocławskiego. Jako landrat inowrocławski wykazał się dużą zręcznością w stosunkach z pograniczem Królestwa Polskiego i rosyjską administracją, za co poseł rosyjski w Berlinie proponował dla niego Order Świętego Stanisława II klasy.

Jak odnotowano w zapiskach rodzinnych, Hugon objął zarząd nad dobrami rodzinnymi w 1875 r., po tym jak jego ojciec Arnold poważnie zachorował. W tym też czasie młody dziedzic trafił na dość sprzyjające warunki dla rozwoju majątku. Nowością na Kujawach stała się uprawa buraka cukrowego. Pierwszą w regionie cukrownię wybudowała w 1875 r. Spółka Akcyjna w pobliskim Janikowie. Intensyfikacja uprawy i płynące z niej korzyści zmobilizowały Hugona do uniezależnienia się od cukrowni janikowskiej. W tym celu wspólnie z sąsiadem z Kruszy Wielkiej, Nehringiem, założył Towarzystwo Handlowe, które w 1879 r. wybudowało cukrownię w pobliskich Mątwach. W dwa lata później w 1881-1882 r. cukrownia uzyskała połączenie kolejowe z Inowrocławiem. Towarzystwo Handlowe wybudowało również całą sieć linii konnej kolejki wąskotorowej, tzw. buraczanej, która połączyła okoliczne majątki ziemskie z cukrownią. Na początku XX w. konie zastąpione zostały lokomotywami parowymi. Już w czasie pierwszej kampanii cukrowniczej w 1880 r. cukrownia ta przerobiła 417146 cetnarów buraków, a jej potencjał produkcyjny wzrósł w 1900 r. do 1330600 cetnarów przerobionego surowca. Przed 1885 r. dominium, czyli tzw. dobra rycerskie zamieszkiwało: w Markowicach 378 mieszkańców w 20 domach, w tym ewangelików 118; w Gaju - Moellendorfie było 6 domów ze 106 mieszkańcami. Natomiast we wsi gminnej w 21 domach mieszkało 241 mieszkańców, w tym zaledwie 18 ewangelików, zapewne urzędników dystryktu policyjnego i poczty. Dla porównania w 1910 roku Markowice ogółem zamieszkiwało 760 osób.
Arnold Eugen Tello Heinrich Erdman Freiherr von Wilamowitz-Moellendorff, nabywca i pierwszy pruski dziedzic dóbr rycerskich Markowice, zmarł 2 stycznia 1888 r. i został pochowany na rodzinnym cmentarzu ewangelickim założonym przez jego żonę Ulrykę, w pobliskim lesie, nazywanym Kobylarz, w tzw. Gaju Markowickim. Spoczął tam w jednym grobowcu z wcześniej zmarłą, bo 26 listopada 1874 r., żoną Ulryką. Więcej o tym cmentarzu w rozdziale poświęconym Gajowi Wymysłowickiemu.

Koniec lata osiemdziesiątych przyniósł Hugonowi ożywienie w jego życiu i aktywności politycznej. Już w latach siedemdziesiątych, jako poseł do parlamentu pruskiego zapowiadał się na dobrego polityka. W 1888 r. zasiadał w Radzie Państwa i Królewskiej Izbie Panów. W roku 1890 Hugon von Wilamowitz-Moellendorff został powołany na stanowisko prezesa prowincji poznańskiej obejmującej swym zasięgiem całe Wielkie Księstwo Poznańskie. W rok później nabył sąsiednie dobra rycerskie Żerniki, których nazwę wcześniej zmieniono na Schönwert. Już w 1867 r. Dziennik Poznański w numerze 149 donosił, iż: Istnieje obawa, że wieś Żerniki, własność niegdyś generała Kołaczkowskiego a dziś jego zięcia Bardzińskiego, przejdzie w ręce innoplemieńcze. Właściciel jest zmuszony do sprzedaży areału 1025 mórg wybornej ziemi. Do wsi przywiązany jest głos na sejm a stanowi przewyżkę nad połową głosów. Możność, podobno, nabycia za 70 tys. talarów, z czego w gotówce 30 tys. (Wiadomość z inowrocławskiego). Tak po prawdzie, to właścicielką Żernik była po ojcu córka generała, Klementyna Kołaczkowska, zamężna Bardzińska. W kilkanaście lat później ten sam Dziennik Poznański pod datą 24 marca 1880 r. donosił, że Żerniki (Schönwerth) z przeszło 1700 morgami nabył od Żyda właściciel Kościelca, Adolf Poniński. W latach siedemdziesiątych XIX w. w tych okolicach działał kupiec żydowski Samuel Hirsch, który skupował wcześniej zadłużoną ziemię chłopską, nie gardząc również majątkami ziemskimi. Takich transakcji dokonał również w Wymysłowicach i Markowicach, odsprzedając następnie ziemię chłopską Arnoldowi Wilamowitzowi-Moellendorff. By dopełnić obrazu transakcji Żernik należy wspomnieć, że w 1886 r. Hugon Wilamowitz-Moellendorff nabył w drodze licytacji należące do Waleriana Rutkowskiego, syna Ignacego i Aldoji z Solerzyńskich, niedaleki majątek Piotrkowice. Walerian ożeniony był z Władysławą Bojanowską córką Józefa i Konstancji z Grabowskich z Górzewa i jeszcze przed sprzedażą Piotrkowic zamieszkał w Markowicach, w których wymieniony został 1879 r. jako posesor. Z kolejnej informacji zaczerpniętej z cytowanego już Dziennika Poznańskiego z dnia 23 maja 1891 r. dowiadujemy się, iż: Naczelny prezes księstwa Wilamowitz zamienił dawne swe Piotrkowice na wieś Żerniki, własność Ponińskiego z Kościelca.

Od tego też czasu całość dóbr markowickich traktowano, jako jeden wielki i niepodzielny Familienfideikommis, czyli powierzone wierności rodzinne w drodze dziedziczenia wielkiej własności ziemskiej. Polegało to na przejęciu majątku tytułem spadku na spadkobiercę z zastrzeżeniem, że nie przysługuje mu prawo sprzedaży, zastawu itp. Całe dobra rycerskie liczyły 5167 mórg, tj. 1319 ha, w tym: 2403 morgi w samych Markowicach, 1606 mórg folwark Gaj - Mollendorf i 1157 mórg grunty Żernik - Schönwert.

Hugon von Wilamowitz-Moellendorff na stanowisku prezesa prowincji pozostał do 1899 r. W międzyczasie stał się spadkobiercą klucza dóbr Kobylniki, które odziedziczył po siostrze ojca, ciotce Emmie von Schwanenfeld. Tam też wybudował w latach 1902-1903 pod kierunkiem architekta Grisebacha z Berlina, eklektyczny, o cechach neogotyckich, pałac rodowy, w którym spędził ostatnie lata życia. Kobylniki wraz z Łagiewnikami przed rokiem 1785 były własnością Piotra Rostkowskiego, podstolego winnickiego, które to włości, następnie dzierżył najstarszy syn jego, Kazimierz. Dobra rycerskie Kobylniki w 1905 r. liczyły 1981 ha i składały się z samej siedziby zwanej wówczas Kobelniki - 555 ha i folwarków: Kraszyce - 332 ha, Łagiewniki - 632 ha i Rożniaty - 462 ha. W 1905 r. Kobylniki wykazywane były jako Herrschaft Rittergut, czyli siedziba panującego na dobrach rycerskich i do wymienionych wyżej folwarków dochodziły jeszcze Markowice - 1060 ha, Lipie k. Gniewkowa – około 1108 ha i Żerniki 262 ha, co dawało łącznie 3322 ha. Lipie w 1493 r. stanowiły dobra Lipskich h. Pomian, w XVII w. Mniewskich, w 1705 r. należały do Władysława Mniewskiego, następnie Wolskich.

Nominacja na stanowisko prezesa prowincji oraz przejęcie Kobylnik po ciotce Emmie, spowodowały wprowadzenie nowej organizacji pracy w posiadłościach rodowych Hugona. Dyrektorem w dobrach kobylnickich był Mengdehe, natomiast w dobrach markowickich Lange. W majątku w Markowicach zatrudnieni byli, poza dyrektorem, również inni urzędnicy, a mianowicie: trzech inspektorów dla poszczególnych folwarków (Markowice, Gaj - Moellendorf, Żerniki), księgowy - płacowy, pomocnik - pisarz, zarządca - administrator i leśniczy. W gospodarstwie w zawodach rzemieślniczych: kowal, kołodziej i jego pomocnik, ogrodnik, murarz, maszynista pługa parowego i technik mechanik w randze urzędnika - mechanizator. Z danych z okresu poprzedzającego wybuch I wojny światowej dowiadujemy się o sytuacji socjalnej panującej wśród robotników rolnych w dobrach markowickich. Żonaty robotnik otrzymywał wolne mieszkanie dla siebie i rodziny, działkę uprawną wraz z ogrodem, drewnianą obórkę oraz ordynarię w postaci wynagrodzenia, w części w gotówce i w części w naturze. Właściciel zawierał z nim kontrakt roczny, w którym szczegółowo określano wzajemne prawa i obowiązki. Samotni znajdowali się na utrzymaniu dworu. Żonaty robotnik otrzymywał rocznie: 15 cetnarów ziemniaków, 40 cetnarów węgla, 0,5 sążnia drewna, 730 litrów mleka, 52 mendle jajek, 29 kg masła, 22 przejazdy darmowe do Inowrocławia lub Strzelna, deputat w gotówce (ok. 50 marek) i wynagrodzenie roczne w wysokości 800 marek. Łącznie dawało to około 1236 marek.

W 1885 r. zmarła jego pierwsza żona, z którą miał trójkę dzieci: córkę Hildegardę (1869-1947), syna Fryderyka (Fritza) (1872-1944) i najmłodszą córkę Elfriedę Wandę poślubioną Arnoldowi von Rosensteilowi, landratowi w Lesznie, która była dziedziczką dóbr Lipie (1108 ha), koło Gniewkowa. Drugą żoną Hugona została Lili von Schenck (zm. 1898 r.). Baron Hugo von Wilamowitz Moellendorff zmarł na skutek nieszczęśliwego upadku z konia 30 sierpnia 1905 r.
Następcą Hugona na dobrach markowickich został jego zięć Claus Henning Ferdinand von Heydebreck, który 22 czerwca 1891 r. poślubił jego córkę Hildegardę. Chociaż Hildegarda właścicielką Markowic została po śmierci ojca, to dopiero w 1908 r. zamieszkała wraz z małżonkiem Clausem w swych rodowych dobrach. Claus urodził się 15 lutego 1859 r. w Pasewalk, leżącym na Pomorzu Przednim, ok. 30 km na południowy zachód od Szczecina. Był synem generała Henniga von Heydebrecka (1828-1904) i Anny von Colmar (1837-1879). Natomiast Hildegarda urodziła się 20 maja 1869 r. w Inowrocławiu. Ojciec był wówczas landratem inowrocławskim. Matką Hildegardy była pierwsza żona Hugona, Josephine von Roy, pochodząca z Wierzbiczan w powiecie inowrocławskim. Claus zmarł 2 września 1935 r. i został pochowany na cmentarzu w Gaju Wymysłowickim, natomiast Hildegarda 17 listopada 1947 r. w Blankenburgu niedaleko Magdeburga w Saksonii.

Hugon, a następnie jego zięć Claus, dokonali wiele ulepszeń inwestując wielokierunkowo w markowickich dobrach. Na folwarku w Gaju - Moellendorfie pobudowali: kilkudziesięciostanowiskową oborę, spichlerz, nowe stodoły i rządcówkę. W Markowicach wystawili pod koniec XIX w.: murowano-szachulcową rządcówkę, dom mieszkalny dla urzędników, stajnie i obory (w drugiej połowie XX w. wielokrotnie przebudowane), paszarnię, budynek inwentarski (1892 r.) oraz na przełomie XIX i XX w., zapewne już sam Claus, murowane ogrodzenie parku krajobrazowego i pałacu. Heydebreck wystawił również, około 1910 r., duży spichlerz zajmujący centralne miejsce podwórza gospodarczego. Postacią szczególną w dziejach rodziny Willamowitzów-Moellemdorff, która rozsławiła ten ród, był urodzony 22 grudnia 1848 r. właśnie w Markowicach, światowej sławy filolog, profesor uniwersytetów w Gryfii, Getyndze i Berlinie, Ulryk Fryderyk Wichard. Tutaj spędził dzieciństwo, aż do czternastego roku życia, kiedy to został przez rodziców oddany do szkoły średniej w Pforta nad Saalą, tutaj przez całe życie często, choć przeważnie na krótko powracał, zwłaszcza na wakacje letnie. Pisząc w późnej starości Wspomnienia sławił bardzo żarliwie piękno i uroki Kujaw, ziemi, gdzie:...w nieskończoności rozpościerają się równiny, poprzerywane wsiami z wieżami kościelnymi i kominami fabrycznymi. Cieniste aleje biegną wśród zielonych i żółtych pól, albo po czarnej ziemi ornej, a w zimie poprzez oślepiającą biel śniegu. Wysoko w górze przeciągają chmury – tych nigdzie nie widziałem równie pięknych i bogato ukształtowanych. W Wiedniu podczas odczytu, który poświęcony był krajobrazowi greckiemu, tak zaczął swoje wystąpienie Willamowitz: Pochodzę z Kujaw, z tego samego kraju, który wydał poetę polskiego Kasprowicza.

Więcej o tym uczonym i jego rodzinie przeczytacie w mojej książce „Markowice. Z dziejów sanktuarium i wsi”. Tam też obszerne źródła, z których czerpałem pisząc książkę.4
Ród Von Wilamowitz-Moellendorff (niemieccy właściciele ziemscy), właściciele dóbr na Kujawach w tym okresie, m.in. Markowic, Bożejewic, Wymysłowiec, Kobylnik, Łagiewnik i Rożniat. Hugo Wichardt Theodor Freiherr von Wilamowitz-Moellendorff (ur. w 1840 r, zm. 30 sierpnia 1905 w Kobylnikach). Był synem Arlolda von Wilamowitz-Moellendorffa i Ulryki von Wilamowitz-Moellendorff. Był landratem inowrocławskim, w tym samym czasie pełnił funkcję naczelnego prezesa prowincji poznańskiej. Był ojcem Hugona Fryderyka Wilhelma von Wilamowitz-Moellendorff.

Hotel organizuje: szkolenia, kursy, konferencje, sympozja, seminaria, przyjęcia okolicznościowe, studniówki, bale sylwestrowe, bankiety, imprezy towarzyskie, zjazdy, ogniska, pikniki, imprezy plenerowe. Dla zainteresowanych organizowane są kuligi z zaprzęgiem konnym. Pałac przyjmuje również gości Ogólnopolskich Spotkań Literackich.

Materiały zebrał: Bartłomiej Grabowski, źródła: Opracowanie Piotra Grążowskiego, Pałac Zielonego Człowieka, http://piotrgrazawski.wix.com/ Fragment o rodzie z książki: M. Przybylski, Markowice. Z dziejów sanktuarium i wsi, Markowice 2008.

1Wikipedia.
2http://palacwkobylnikach.pl/
3Ibidem,
4Ibidem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz